sobota, 25 marca 2017

Pekin zimą w 32 godziny

Nadszedł czas na relacje wycieczki Pekin - Filipiny - Pekin. Pierwotnym planem były tylko Filipiny, ale najlepsze połączenia były własnie przez stolicę Państwa Środka z bardzo długim tranzytem w dwie strony. Nie co dzień ma się okazję skoczyć do Zakazanego Miasta, więc tylko się ucieszyłam.

Część I

Do Pekinu z Pawełkiem przylecieliśmy w Chiński Nowy Rok. Byliśmy ciekawi tego co ma do zaoferowania Pekin. Zaczęło się dosyć ciężko już na lotnisku. Na przywitanie niemiłosiernie długa kolejka po wizę (darmowa na 72 godziny) posuwająca się w żółwim tempie. A tu przecież liczy się czas! W planie było śniadanie i wycieczka na Mur Chiński.... Dwie godziny później, szczęśliwi, ale też trochę zmartwieni zmarnowaniem cennego czasu, wyjeżdżamy metrem Airport Express do miasta.
Po półgodzinnej wygodnej podróży docieramy do ostatniego przystanku metra, Dongzhimen. Spoglądam do mojego niebieskiego zeszyciku z notatkami. Plan był bardzo dokładny -  najpierw śniadanie w Jin Ding Xuan. Długo szukałam restauracji, która sprosta moim "wymaganiom". Miała być lokalna, z dobrym jedzeniem i otwarta o bardzo wczesnej porze. Kantońska sieć restauracji specjalizująca się w dim sum wydawała się być idealnym wyborem. 35 miejsce z 11846 restauracji Pekinie na Trip Advisor jeszcze bardziej utwierdziło mnie w mojej decyzji. Tak więc mam nazwę restauracji (zapisaną również po Chińsku!) oraz adres i nazwę przystanku metra, na którym mamy wysiąść. Przygotowałam się, a co! Jedziemy na przystanek Lama Temple skąd, jak mam zapisane, "jest blisko". Tylko w którą stronę iść? Wiem, że jesteśmy niedaleko i że restauracja ma być przy Świątyni Harmonii i Pokoju. Trochę się na siebie denerwuję, że nie zrobiłam dokładniejszych notatek. A tyle nad tym Pekinem ślęczałam! Notatki są mega ważne jak nie ma się dostępu do internetu! Pozostaje błądzenie. Kilka razy zatrzymujemy parę osób, żeby się upewnić, że idziemy w dobrym kierunku. Jeden pan w odpowiedzi kiwa głową. Inna młoda para twierdzi, że restaurację znają i bardzo próbują pomóc tylko, że nie wiedzą gdzie ona jest, czego oczywiście nie są w stanie przyznać. Ktoś inny na moje pytanie zaczyna machać rękami wykonując coś co kojarzyło mi się ze znakiem stopu. Niczego się od tych Chińczyków nie dowiemy. Jesteśmy zdani na siebie i moje notatki. Po około godzinie w końcu rozpoznaję budynek - wiktoria! Dobrze, że napatrzyłam się na zdjęcie w internecie, uff, w końcu coś zjemy. Już pakujemy się do środka, kiedy ochroniarz zastępuje nam drogę pokazując, że nie możemy wejść. Chwila konsternacji. O co chodzi? Okazuje się, że na zewnątrz trzeba najpierw dostać bilet. Posłusznie więc udajemy się po karteczkę. Jak się po chwili orientujemy się, że numery wyczytywane są przez megafon tylko po chińsku. Przezornie przed wyjazdem nauczyłam się liczyć po chińsku, więc oto moja pierwsza okazja sprawdzenia się. Ufff, udało się, wchodzimy do środka, Tam niewielkie zamieszanie, bo znów mówią do nas po chińsku, ale w końcu ktoś nas prowadzi na 3 piętro do naszego stolika w loży. W menu same pyszności. Decydujemy się na różne dim sum, zupy, desery i chińskie piwko. Każde danie ma przypisany numer, więc robimy listę na kartce i czekamy. Czekamy..... i czekamy..... Kelner zupełnie nas ignoruje, a próby złapania kontaktu wzrokowego pełzną na niczym. Już myślę, że będziemy musieli wyjść z restauracji o pustym żołądku, kiedy zauważamy mały dzwoneczek przy wejściu do naszej loży. Aaaaa, tak się przywołuje kelnera! W końcu składamy zamówienie. Jeszcze chwila oczekiwania i jest - nasze pierwsze chińskie śniadanie. Może trochę zachodu nas to wszystko kosztowało, ale warto! Restaurację i jedzenie polecamy!



Po sytym śniadaniu decydujemy się zmienić nasze plany. Jest późno i wyjazd na Mur Chiński wiązałby się ze zbyt dużym ryzykiem, a przecież nie chcemy się spóźnić na samolot do Manili. Udajemy się więc do Lama Temple, która znajduje się vis a vis naszej restauracji. Drzewa przystrojone pięknymi czerwonymi lampionami i tłumy, dzikie tłumy Chińczyków. Przed nami, za nami, po lewej i po prawej i na moim bucie. No przecież zaraz nam chyba na głowę wejdą. Szybko się ulatniamy i postanawiamy wybrać się najsłynniejszego miejsca w Pekinie, Zakazanego Miasta. Przed wyjazdem oglądnęliśmy "Ostatniego Cesarza"i jakiś dokument, więc skromny podkład historyczny mamy.

Noworoczna dekoracja Świątyni Harmonii i Pokoju (Lama Temple)

i tłumy.....

Witają nas kolejki jak pod Wieżą Eiffla. Na szczęście Chińczycy szybko przechodzą przez bramki z ochroną, gdzie prześwietlają wszystkie torby i plecaki. Niecałe pół godziny później udajemy się po bilety. Miasto zakazane już nie jest, ale jego ogrom nadal robi wrażenie. Czas ucieka, więc zamiast spokojnie włóczyć się wśród wszechobecnych Chińczyków, przez Zakazane Miasto przelatujemy jak burza. Szkoda. Wychodzę z uczuciem niedosytu. Z jednej strony, wszystkie te budynki wyglądały podobnie, a jak człowiek trochę świątyń w Azji się naoglądał, to Zakazane Miasto nie wywołuje już takiej ekscytacji. Myślę, że dlatego warto skorzystać z przewodnika, chociażby tego audio, żeby wczuć się w klimat i więcej rozumieć z otoczenia, które przecież kryje w sobie fascynujące historie.




Pierwszy dzień w Pekinie kończy się długim spacerem do stacji metra, podczas którego udaje nam się zobaczyć pekińskie hutongi.
Parę zdjęć, świąteczne jabłka w lukrze, ślepa uliczka, metro i żegnamy Pekin na 12 dni.

Jabłka w lukrze na patyku 

Chińczycy na zamarzniętej rzece


Część II

Pekin rozpoczął naszą podróż i ją zakończył.
Do Pekinu wracamy w zimny, ale słoneczny dzień. Nie ma smogu - nie do wiary! Podobno przejrzyste dni w Pekinie to rzadkość, więc cieszymy się z wiejącego wiatru, choć przez niego odczuwalna temperatura jest sporo niższa. Do centrum docieramy wczesnym południem i jak za pierwszym, razem nasze kroki kierujemy w stronę chińskiej kuchni. Tym razem postawiliśmy na kaczkę. W moim niebieskim notatniku mam listę dziesięciu (podobno) najlepszych restauracji w Pekinie specjalizujących się pieczonej kaczce. Ze względu na odległość wybieramy sieć Bianyifang, która otworzyła swoją pierwszą restaurację w 1416 za czasów dynastii Ming, liczymy więc na wyjątkowy lunch. Wygląd restauracji nie jest zbyt imponujący, ale przecież nie dlatego tu przyszliśmy. Kiedy przychodzi nasza kaczka aż nam ślinka cieknie. Kaczka zostaje specjalnie pokrojona i podana na różnych półmiskach. Jest chrupiąca i zarazem wilgotna skóra maczana w cukrze (sic!), jest miękkie mięso z odrobioną tłuszczyku i skóry oraz talerz z samym chudym mięskiem. Mamy do tego jakieś cienkie chlebowe placuszki, warzywa oraz sos sojowy. Wszytko jest absolutnie niebiańskie - zdecydowanie najlepsza kaczka jaką kiedykolwiek jedliśmy.


Zadowoleni i syci kierujemy się do Świątyni Nieba (Temple of Heaven). Na szczęście Chiński Nowy Rok się skończył, więc poruszamy się swobodnie po sakralnym kompleksie. Szkoda tylko, że nie jest jeszcze zielono, bo park musi robić niesamowite wrażenie wiosną. Plusem za to jest garstka ludzi zwiedzających dzięki czemu udaje się nam cyknąć parę ładnych zdjęć.




Na koniec decydujemy się udać na ulicę Nanluoguxiang, która słynie z tradycyjnej architektury. Prawie kilometrowa aleja składa się z odnowionych hutongów, które zostały przerobione na knajpki i sklepy. Bardzo klimatyczne (i mega drogie) miejsce. Zakupoholicy muszą czuć się tutaj jak w raju. Zziębnięci z obolałymi stopami idziemy do małej knajpki na piwko. Ceny są z kosmosu, więc zadowalamy się dwoma małymi puszeczkami chińskiego browaru. 
  


Pekin mnie zaintrygował, więc na pewno wrócę, choćby po to żeby na Chiński Mur się wybrać. No i następnym razem jednak latem, albo chociaż wiosną. Jeśli nie przeszkadza Wam zimno i bardzo nie lubicie tłumów, to za pewne będzie się dobrze bawić w Pekinie zimą, ja jednak jestem zdecydowanie ciepłolubna ;) Warto jednak wspomnieć, że większość biletów wstępu jest sporo tańsza poza sezonem. 
A Chińczycy? No właśnie, jacy oni naprawdę są? Nie wiemy, ale różnica pomiędzy Chińczykami a sąsiadującymi Laotańczykami jest kolosalna - przepaść kulturalna jest głęboka jak Rów Mariański. Wszędzie w Azji spotykałam się z otwartością i szerokimi uśmiechami. Od zwykłego hello, przez robienie sobie rodzinnych zdjęć z białą twarzą, po zaproszenia do wspólnego jedzenia i picia. Nic z tych rzeczy w Chinach. W metrze nikt nawet na nas nie spojrzał, a po ulicach można snuć się jak duch. Nikt na Ciebie nie zwraca uwagi, nikt do Ciebie nie woła, nikt nie pokazuje palcem. Po czterech latach w Laosie wydawało mi się to bardzo dziwne. Chińczycy sprawiają wrażenie zdystansowanych, poważnych i zagonionych. Jacy są jak się ich lepiej pozna? Podobno zostają przyjaciółmi na całe życie. Jednak podczas naszej krótkiej wizyty wiało od nich chłodem bardziej niż od zimowego wiatru. Chińczycy - tajemnica do rozwiązania kiedyś w przyszłości.... 

Praktyczne informacje: 

Transport z lotniska do centrum - metro Airport Express. Podróż trwa ok. 30 min. Polecam kupić Beijing Transportation Smart Card na lotnisku. Dzięki karcie można szybciej i łatwiej poruszać się metrem i autobusami bez konieczności kupowania biletów. Aby dostać kartę należy wpłacić depozyt o równowartości 20 juanów. Kartę doładowujemy za dowolną kwotę i podróżujemy szybko i przyjemnie. Przed wyjazdem kartę oddajemy w dowolnym punkcie z biletami i dostajemy zwrot depozytu oraz ewentualne pieniądze, których nie wydaliśmy. Przy kwotach 100-150 juanów mamy 20% zniżki, a przy wyższych kwotach, 150-400 juanów, dostajemy aż 50% zniżki. 

Zakazane Miasto - Na zwiedzanie miasta dobrze poświecić 3-4 godziny. 
Cena biletu poza sezonem (od listopada do marca): 40 juanów, w sezonie 60.
Godziny otwarcia: 8:30 do 16:30 (poza sezonem) i do 17:00 w sezonie. W poniedziałki (z wyjątkiem lipca i sierpnia oraz dniami wolnymi od pracy) muzeum jest zamknięte. 

Lama Temple - Ciężko mi cokolwiek doradzić w kwestii zwiedzania, jako że nasze zwiedzanie było mocno utrudnione, żeby nie powiedzieć niemożliwe, z powodu Chińskiego Nowego Roku. 
Cena biletu: 25 juanów. 
Godziny otwarcia: 9:00 do 16:00 poza sezonem i do 16:30 w sezonie. 

Temple of Heaven - Na zwiedzanie należy przeznaczyć 1,5-2 godzin. 
Cena biletu poza sezonem : 10 juanów, w sezonie 15.
Godziny otwarcia: główne atrakcje otwarte są do 17 poza sezonem i do 17:30 w sezonie. Nam nie udało się wejść do jednej z nich (Palace of Abstinence), którą z jakiegoś powodu zamknęli wcześniej.. 

Aplikacje:

Maps.me - Mapy offline. Dla nas okazała się ogromnie przydatna jako że poruszaliśmy się bez Internetu. 

Metro Beijing Subway - Genialna aplikacja! Dzięki niej używanie metra w Pekinie to bajka. Wpisujemy lub wybieramy początkową i końcową stację metra, a apka pokazuje możliwe trasy z numerami linii, godziną, czasem podróży, dystansem, ceną oraz możliwymi przesiadkami. Wszystkie trasy i linie można zobaczyć na mapie. I najważniejsze: aplikacja działa offline! 


czwartek, 29 grudnia 2016

Rivertime Ecolodge Resort - pływająca restauracja

Na początku chcę zaznaczyć, że nie jest to żaden sponsorowany post. Nie dostaję żadnych pieniędzy ani innych profitów za napisanie tego posta. Dlaczego więc oddzielny post o jednym resorcie? Otóż, wielu turystów pyta mnie, co ciekawego do zaoferowania ma Wientian. Wielu wyjeżdża z miasta z uczuciem niedosytu. Wielokrotnie słyszałam, że Wientian jest nudny i nie ma tam co robić. Naturalnie, ja się z tym nie zgadzam. W mieście jest wiele ciekawych miejsc wartych zobaczenia (o tym będzie osobny post), a poza miastem robi się jeszcze ciekawiej, zwłaszcza jeśli chcecie zobaczyć dziewicze (jeszcze) miejsca, do których turyści nie docierają. O wodospadach Tat Leuk i Tat Xai w cudownym parku narodowym Phou Khao Khouay pisałam tutaj i tu. Niewątpliwie jest to wspaniałe miejsce, które warto zobaczyć. Jedyną przeszkodą może być brak transportu publicznego. Nad wodospady można dojechać skuterem albo wypożyczonym autem (z kierowcą lub bez). Dla budżetowych turystów wynajem auta będzie na pewno zbyt wielkim wydatkiem, a dla niedoświadczonych kierowców podróż na skuterze może być bardzo męcząca z uwagi na odległość i spory odcinek żwirowej drogi. Pisałam też o wspaniałym resorcie Dreamtime, który niestety na obecną chwilę jest zamknięty dla turystów.

Tymczasem, Rivertime Ecolodge Resort wydaje się być jedynym pobliskim i niedrogim miejscem, gdzie można wypocząć z dala od miasta w otoczeniu natury.

Czym jest RER? Resort należy do sympatycznego Laotańczyka i jest żony, Amerykanki. Będąc na miejscu okazało się, że tą Amerykanką jest dziewczyna, z którą parę lat temu pracowałam w Wientianie - jaki mały ten laotański świat! RER to bunglowy nad rzeką i restauracja, która leży na rzece Nam Ngum. To właśnie ta restauracja jest najciekawsza. Z racji tego, że w rzece jest silny nurt, właściciele zbudowali coś na kształt naturalnego basenu na rzece, do którego można wskoczyć dla ochłody i popłynąć kawałeczek z prądem rzeki a później próbować płynąć w górę rzeki (nielada wyzwanie!), lub podciągnąć się linach umieszczonych wzdłuż basenu. My spędziliśmy dzień relaksując się w restauracji - pyszne jedzenie (świeżo złowiona rybka jest warta grzechu!), zimne Beer Lao, chłodzenie się w rzece i kojące widoki. Czego trzeba więcej?

Dla tych którym jednak błogie lenistwo nie wystarcza, RER oferuje gamę innych atrakcji od zwiedzania pobliskich wiosek, kajakowania, przez łowienie ryb, po relaksujący masaż - a to tylko niektóre z nich.

Moje wrażenia z pobytu w RER? Bungalowy są bardzo proste, ale czyste i przyjemnie. Jedzenie w restauracji jest przepyszne, ale chyba przydałby im się ktoś do pomocy w kuchni. Czekanie ponad godzinę na obiad drugiego dnia, trochę popsuło nasze wrażenie. I jeszcze jeden minus - niedaleko na rzece jest prom, który kursuje cały dzień zabierając samochody i motory z jednego brzegu na drugi robiąc hałas, który niesie wzdłuż rzeki. Mimo to, miejsce uważam za godne polecenia.

Rivertime Ecolodge Resort znajduje się zaledwie 30 km od Wientianu. Przed wyjazdem radzę skontaktować się z właścicielami i zrobić rezerwacje bungalowa jeśli planujecie zostać na noc. Można ich znaleźć na FB, albo przez stronę http://www.rivertime.com. Na google maps znajdziecie trasy dojazdu.








środa, 5 października 2016

Top Cities in Asia - laotańskie miasto na drugim miejscu

Amerykański miesięcznik Travel + Leisure zapytał w tym roku swoich czytelników o wybór najlepszych azjatyckich miast.

Na pierwszym miejscu uplasowało się piękne Chiang Mai, leżące na północy Tajlandii. Czytelnicy opisywali tajskie miasto jako spokojne, z pięknymi historycznymi świątyniami, ogromnymi targami oraz dużym wyborem ciekawych restauracji. Podkreślali też, że w Chiang Mai nie brakuje wszelkich nowoczesnych udogodnień, które spotykamy w dużych miastach.
Moim zdaniem, całkiem niezły wybór. Chiang Mai jest wyjątkowo urokliwe i zdecydowanie niczego mu nie brakuje. Miasto jest bardzo lubiane wśród ekspatów w Tajlandii i Laosie.

Na drugim miejscu znalazło się moje ukochane Luang Prabang - dawna stolica Laosu. LP słynie ze wspaniałych świątyń i doskonale zachowanej kolonialnej architektury. Miasteczko położone jest u zbiegu dwóch rzek, Mekongu i Nam Khan. W niewielkiej odległości od miasta znajdują się wspaniałe wodospady Kuang Si i Tat Sae oraz jaskinie Pak Ou, do których płynie się w górę Mekongu. W Luang Prabang byłam 3 razy, a najprzyjemniejsze momenty spędziłam na pysznych śniadaniach w restauracjach położonych nad Mekongiem lub rzeką Nam Khan - w atmosferze spokoju z laotańską kawą w ręce planowałam resztę dnia. O zachodach słońca nawet nie wspominam! Popularnym miejscem wśród turystów jest słynne wzgórze Phou Si położone w samym centrum miasta.

Widok na miasto ze wzgórza Phou Si


Wodospady Kuang Si

Nad Mekongiem


  

A oto i lista wszystkich miast:

1. Chiang Mai, Tajlandia - wpisy z Chiang Mai tutu i tutaj
2. Luang Prabang, Laos - wpisy z LP tutu i tutaj
3. Kioto, Japonia
4. Siem Reap, Kambodża - wpisy z SR tu i tu
5. Bangkok, Tajlandia - wpisy z BKK tutaj tutajtutajtutajtutaj i tutaj :)
6. Hoi An, Wietnam - wpis z Hoi An tutaj
7. Ubud, Bali (Indonezja) - wpis z Ubud tutaj
8. Udajpur, Indie
9. Tokio, Japonia
10. Lhasa, Tybet

poniedziałek, 5 września 2016

Największy wodospad na świecie w Laosie?

Laos jest krajem, o którym wciąż bardzo mało wiemy. Tyle niezbadanych miejsc i nieodnalezionych skarbów. Wiele tych niesamowitych cudów natury jest ukryta w niedostępnej dżungli. Północna-wschodnia cześć Laosu jest szczególnie niebezpieczna do eksplorowania ze względu na niewybuchy.

Kto więc wie co się jeszcze kryje na tym nieznanym lądzie?

Ostatnio odkryłam bardzo ciekawy artykuł. Tytuł głosił, że wodospad Khonphapheng został uznany za największy wodospad na świecie.

Wodospad Khonphapheng  znajduje się w prowincji Champassak przy wyspie Don Khon na Mekongu. Według WWD (World Waterfall Database), laotański wodospad został uznany za największy pod względem szerokości. Jak podaje strona wodospad ma aż 10,783 metrów szerokości. Nie jest to jednak jeden wodospad, a raczej seria wodospadów i prądów, gdzie rzeka Mekong dzieli się na 7 ogromnych kanałów i setki mniejszych. Wodospad jest wysoki na około 21 metrów, ale zmierzony pod względem szerokości od jednego do drugiego krańca osiąga niesamowite 10 kilometrów, przez co jest najszerszym wodospadem na naszej planecie. W porze deszczowej poziom wody w Mekongu tak znacznie się podnosi, że cały wodospad zostaje pochłonięty przez ogrom wody.

Źródło: Vientiane Times

Strona, która podaje informacje o wodospadach znajduje się tutaj