czwartek, 27 kwietnia 2017

Wulkan Taal, bo małe jest piękne (i groźne)

Kolejnym etapem podróży po Filipinach jest Tagaytay, małe miasteczko nieopodal jeziora i wulkanu Taal.

Wulkan wulkanem, ale czy wiedzieliście, że w jego kalderze jest jezioro, które jest na wyspie na jeziorze na wyspie? Troszkę skomplikowane? A co powiecie jeszcze na małą skalistą wysepkę (Vulcan Point), która jest na tym jeziorze na jeziorze? Ależ zamieszałam. Już wyjaśniam. Mamy do czynienia z wyspą, która jest na jeziorze na wyspie na jeziorze na wyspie. Proste, nie?
To geologiczne cudo mieści się około 60 km od Manili, a sam wulkan Taal jest drugim najbardziej czynnym wulkanem na Filipinach z 33 erupcjami w swojej historii. Jest też najmniejszym czynnym wulkanem na świecie. Niech Was jednak nie zmylą jego niewielkie rozmiary. Dotychczasowe wybuchy pochłonęły wiele ofiar - ponad 5000 i choć ostatni wybuch był w 1977, wulkan jest znów niespokojny od 1999. Wiosną 2011 roku Filipiński Instytut Wulkanologii i Sejsmologii (Phivolcs) zanotował wiele trzęsień ziemi pochodzenia wulkanicznego. Wzrosła również temperatura wody, co przyczyniło się zginięcia prawie 400 ryb. Do wybuchu jednak nie doszło, ale wulkan dał o sobie znać znów w kwietniu 2014 roku, kiedy po raz kolejny odnotowano wstrząsy. Przewidywano nadchodzącą erupcję, w związku z czym władze zabroniły wycieczek do krateru wulkanu. Skończyło się na strachu, zwłaszcza wśród nielegalnych mieszkańców wyspy wulkanicznej. Bo chociaż Phivolcs zabronił osiedlać się na wyspie, wiele biednych rodzin zamieszkuje niedozwolone tereny żyjąc z rybołówstwa, upraw i turystyki, ryzykując tym własne życie.

My podekscytowani naszą pierwszą wspinaczką na wulkan, łapiemy trzykołowca w Tagaytay i jedziemy nad jezioro Taal. Tam przy wynajmie łodzi, próbują wcisnąć nam przewodnika, ale grzecznie odmawiamy. Przekonują nas, że przy pierwszej wyprawie jest on niezbędny i że bez niego nie możemy wejść na wulkan. Na miejscu szybko zmyślam, że znajomi tu niedawno byli i przewodnika nie mieli. Chyba z braku argumentów niechętnie ustępują.
Jest już późne popołudnie i po przeprawie przez jezioro, przy kasie biletów znów chcą nas skroić, mówiąc, że na wulkan musimy wjechać na kucykach z przewodnikiem. Kategorycznie odmawiam. Po pierwsze, szkoda koników, a po drugie nie będziemy płacić za zbędnego przewodnika, kiedy na wulkan wchodzi się w niecałe pół godziny. Dorzucają jeszcze, że na wyspie nie ma elektryczności, jako że niby mielibyśmy nie zdążyć przez zmrokiem, ale nie dajemy się. Po drodze mijamy zjeżdżających na kucykach turystów i tylko jedną parę białych schodzących pieszo. Wspinaczka nie jest ciężka, ale skwar trochę doskwiera. Widok z góry jednak wszystko wynagradza. Odpoczywamy trochę napawając się pięknem jeziora w kalderze wulkanu i ruszamy w dół. Jakimś cudem nie zauważamy jedynego na szlaku rozgałęzienia dróg i odbijamy w złą ścieżkę. Docieramy nad jezioro nadrabiając trochę drogi, co ostatecznie nam nie przeszkadza, bo przechodzimy przez wioskę przyglądając się ubogim chatkom mieszkańców. Bieda i widmo groźnego wulkanu rysują smutny obraz życia mieszkańców tej unikatowej wyspy.










Ciekawostki

Jezioro w kalderze wulkanu, które ma średnio 20 metrów głębokości, jest mieszanką kwasu siarkowego i innych minerałów. Pływanie w jeziorze jest zabronione.

Bardziej interesujące jest samo jezioro Taal. Jest ono środowiskiem naturalnym dla Tawilis, gatunku słodkowodnych sardynek, które nie występują nigdzie indziej na świecie. Z powodu zbyt intensywnego połowu tej ryby, gatunkowi temu grozi wymarcie. Warto więc może się zastanowić nad wyborem grillowanej rybki w okolicznych restauracjach.
Innym niespotykanym nigdzie indziej stworzeniem, jest Garman's Sea Snake, Ten jadowity wąż jest jednym z dwóch znanych słonowodnych węży żyjących wyłącznie w słodkowodnym środowisku.
Do lat siedemdziesiątych jezioro zamieszkiwały również żarłacze tępogłowe. Zostały one niestety wybite przez lokalnych mieszkańców.

Informacje praktyczne

Z Manili do Tagaytay dostać się można autobusem, który odjeżdża z Coastal Mall Terminal. Bilet kosztuje 70 peso.

Z Tagaytay nad jezioro jechaliśmy trzykołowcem (tricycle) za 200 peso w jedną stronę.

Wynajęcie łodzi kosztowało nas 2000 peso (cena za łódź, nie od osoby).

W Tagaytay nie ma możliwości wypożyczenia motocykla/skutera - kierowcy trzykołowców mają tu monopol na transport turystów.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Filipiny - Manila

Naszą filipińską przygodę rozpoczynamy w Manili. Stolica Filipin najczęściej kojarzy się z przeludnieniem, korkami, zanieczyszczeniem i biedą. Przed wyjazdem jak zwykle zrobiłam mały research w nadziei na znalezienie czegoś naprawdę interesującego i wartego zobaczenia. Jednak ani w przewodniku ani w blogach nie trafiłam na nic inspirującego. Postawiłam na improwizację, a za główny cel obrałam poznanie filipińskiej kuchni. W Manili mieliśmy spędzić trzy noce, dwie na początku podróży i jedną na koniec. Wybrałam więc dwa różne regiony stolicy, żeby mieć większe pojęcie o tym jak ta Manila rzeczywiście jest. 

Część I - Downtown, Ermita

Po zimnym Pekinie z radością witamy ciepło Manili. Przylatujemy w środku nocy, więc szybko i bez korków (pierwszy i ostatni raz) udajemy się do naszego guesthouse'u gdzie odsypiamy męczące loty. Zamiast rankiem, budzimy się wczesnym popołudniem i pierwsze kroki kierujemy do bankomatu. Wypłacamy łatwo pieniądze, nie mając pojęcia, że słowo bankomat będzie przekleństwem naszej podróży... ale o tym później. Czas na śniadanie. Bardzo nietypowo, ale celowo udajemy się do restauracji z fast foodem. Na Filipinach ani McDonald's ani KFC nie jest popularniejszą siecią, króluje Jollibee. Przechadzając się ulicami Manili nie sposób nie przejść obok słynnej filipińskiej sieci restauracji. My nasze Jollibee znajdujemy tuż za zakrętem. Zamawiamy zestaw hamburgera z frytkami i Colą. Bardzo niezdrowo, ale jak smacznie! Po obfitym filipińskim posiłku udajemy się na promenadę Baywalk, która ciągnie się wzdłuż Roxas Boulevard, żeby w końcu zobaczyć morze. Po drodze zatrzymujemy się w niezbyt ciekawym kościele (Malate Church). Sama promenada byłaby całkiem przyjemna gdyby nie wszechobecne tłumy. Zdaje się, w niedzielne popołudnie wszyscy mieszkańcy Manili postanowili tu przyjść. A może tu tak jest zawsze? Miło patrzyć w stronę morza, ale tłumy Filipińczyków grających głośną muzykę są ciężkie do zniesienia. Idziemy jednak dalej. W oddali zauważamy diabelski młyn. Zdjęcia z takiego koła widokowego wydają się niezłym pomysłem. Idziemy. Po chaotycznych i niebezpiecznych przejściach przez ulice docieramy do lokalnego wesołego miasteczka, Star City. Decydujemy się kupić bilety Ride-All-You-Can i zaczynamy zabawę po filipińsku. Star City bynajmniej nie jest na liście miejsc do zwiedzania wśród zagranicznych turytów, za to lokalni zdają się tu tłumnie zbierać. Ach te niedzielne popołudnia w Manili! Do diabelskiego koła jest spora kolejka, ale warto poczekać, bo widok okazuję się bardzo fajny. Pstryk pstryk i idziemy dalej. Korci nas rollercoaster który wygląda na niezłą zabawę, ale kolejka do niego jest horrendalna. Naszą uwagę przykuwa młot Star Frisbee. Stajemy w wyjątkowo długiej kolejce nie zdając sobie sprawy, że to będzie miejsce, w którym spędzimy najwięcej czasu. Po zaledwie dwóch godzinach w końcu wsiadamy. Jaka zabawa, rany! Dawno nie byłam w wesołym miasteczku i już zapomniałam jaka to frajda. Przyznaję się jednak, że małe obawy były, bo karuzele na najnowsze raczej nie wyglądają. Robi się ciemno, a kolejka do rollercoastera nic się nie zmniejszyła. Kusi nas, ale ostatecznie decydujemy się nie stać następne dwie godziny w kolejce. Przed wyjściem z miasteczka zahaczamy jeszcze o tunel strachu, który okazuje się najmniej strasznym badziewiem pod filipińskim słońcem. Straszniejsze były tylko krzyki Filipińczyków. 

Głodni wyruszamy na poszukiwanie smacznej kolacji. Napaliłam się na jakąś restaurację z TripAdvisor, ale niestety (albo stety) jej nie znajdujemy. Ostatecznie wygłodniali wpadamy do jakiejś zapyziałej knajpki. Zamiast wybierać z menu, proszę kucharza o kurczaka na ostro. Strzał w dziesiątkę. Jak się okazuje, czasem zje się rewelacyjną (i tanią) kolację w miejscu, którego nawet na Google maps nie znajdziecie. 

Baywalk

Wesołe miasteczko Star City



Ermita

Na wieczór zaplanowaliśmy coś wyjątkowego - Hobbit House - bar z muzyką na żywo i najmniejszymi kelnerami na świecie. Oczywiście nie sposób nie zastanowić się czy zatrudnianie w barze samych karzełków jest formą pomocy czy eksploatacji. Postanowiliśmy to sprawdzić. W środku nic szczególnego. Muzyka na żywo jest tak głośna, że siadamy w tyle, żeby móc rozmawiać, co i tak pozostaje trudne. Piwko jest droższe a jedzenie, które zamawiamy okazuje się mało satysfakcjonujące. Mali kelnerzy wcale nie są jakoś wyjątkowo uśmiechnięci, a sam bar chatką hobbita nie ma nic wspólnego. Powiedziałabym zwyczajne miejsce, gdyby nie incydent przy rachunku. Kiedy przychodzi do zapłaty okazuje się, że rachunek jest zawyżony. Pytany naszą małą kelnerkę o wyjaśnienie, a ona, że jest opłata za wejście 100 peso. CO?! Jak to? Przecież nikt nas nie poinformował? Jesteśmy oburzeni, ale kelnerka dalej idzie w zaparte i wmawia nam, że informacja o opłacie jest przy wejściu. Bzdura! Ostatecznie nie płacimy haraczu, który jest wymysłem kelnerki. Wychodzimy zniesmaczeni. Szkoda. Tolkien byłby rozczarowany, my też jesteśmy. 

Parada - trafiliśmy na jakieś święto religijne 

Część druga - Makati 
Ze starej części Manili przenosimy się do biznesowej części miasta, gdzie spędzamy ostatni wieczór na Filipinach (o tym co było pomiędzy będzie w osobnych postach). Do Manili wracamy wieczorem i tuż po zameldowaniu się w guesthousie wybieramy się na kolację do Hummus Elijah, który był wspaniałym zwieńczeniem wycieczki na Filipiny. Zupełnie nie po filipińsku, ale co z tego jak było pysznie i tanio. Polecamy! Na sam koniec piwko w jakiejś knajpce z muzyką na żywo. Swoją drogą, fajnie, że ci Filipińczycy są tak rozśpiewani, gdziekolwiek się nie udasz, znajdziesz rozentuzjazmowanych muzyków, którzy z uśmiechem na twarzy umilają czas gościom. 

Więc Ermita czy Makati? 
Ermita jest bardziej autentyczna, ale panuje brud i ubóstwo, a życie nocne nie jest zbyt bogate.
Makati mnie zaskoczyło. Spodziewałam się zobaczyć ekskluzywne wieżowce, drogie samochody jeżdżące po czystych ulicach oraz biznesmenów w garniakach i panie na szpileczkach z parasolkami. A tu świat kontrastów. Lśniący 5***** hotel, a przed bezdomna matka z dzieckiem. Drogie sklepy i prostytutki. Merole i rozklekotane skutery. Biznesmeni i bose dzieci. Chaos. Może tak tylko przy P Burgos w Makati? Nie wiem. Jeśli jednak nie chcecie być ciągle zaczepiani przez prostytutki czy żebraków wybierzcie inną część Makati. 

Czy zostałam odkrywcą Manili i się zachwyciłam? Zdecydowanie nie. Manila w moich oczach jest taka jak ją opisują: zakorkowana, brudna i biedna. Niech Was jednak ten post nie zmyli. W Filipinach jesteśmy zakochani. Sympatia, zauroczenie i miłość - tak przebiega nasza dalsza podróż. O tym już wkrótce. 

A Wy odkryliście jakieś must see lub do w Manili??? 

Informacje praktyczne:

W Ermita nocowaliśmy w Time Travellers Hotel - Pokoje są bardzo przestronne co jest sporą zaletą. Minusem są cienkie ściany i niezbyt szczelne okna. Dobra lokalizacja. 

W Makati nocowaliśmy w Makati Budget Hotel - Dostaliśmy pokój z łóżkami piętrowymi dla 4 osób. Pokój był czysty i pięknie pachniał. Dobra lokalizacja, blisko knajp, barów i dyskotek. 

Star City - Bilet Ride-All-You-Can kosztuje 450 peso. W weekendy jest strasznie tłoczno. 

Po Manili najłatwiej poruszać się taksówkami, które są bardzo tanie - raz jechaliśmy taxi ponad 2 godziny. Należy jednak,w miarę możliwości, unikać jeżdżenia czymkolwiek w godzinach szczytu. Są też jeszcze tańsze jeepneys, ale poruszanie nimi jest bardziej skomplikowane i mniej dogodne. 

Z lotniska najlepiej jechać taxi. Na zewnątrz jest ich dużo, ale trzeba uważać. Tzw, airport taxi są droższe. Dalej są jeszcze inne, gdzie cenę ustala się z góry (oczywiście wyższą). Omijamy je wszystkie i kierujemy się do regular taxis (jest znak), 

sobota, 25 marca 2017

Pekin zimą w 32 godziny

Nadszedł czas na relacje wycieczki Pekin - Filipiny - Pekin. Pierwotnym planem były tylko Filipiny, ale najlepsze połączenia były własnie przez stolicę Państwa Środka z bardzo długim tranzytem w dwie strony. Nie co dzień ma się okazję skoczyć do Zakazanego Miasta, więc tylko się ucieszyłam.

Część I

Do Pekinu z Pawełkiem przylecieliśmy w Chiński Nowy Rok. Byliśmy ciekawi tego co ma do zaoferowania Pekin. Zaczęło się dosyć ciężko już na lotnisku. Na przywitanie niemiłosiernie długa kolejka po wizę (darmowa na 72 godziny) posuwająca się w żółwim tempie. A tu przecież liczy się czas! W planie było śniadanie i wycieczka na Mur Chiński.... Dwie godziny później, szczęśliwi, ale też trochę zmartwieni zmarnowaniem cennego czasu, wyjeżdżamy metrem Airport Express do miasta.
Po półgodzinnej wygodnej podróży docieramy do ostatniego przystanku metra, Dongzhimen. Spoglądam do mojego niebieskiego zeszyciku z notatkami. Plan był bardzo dokładny -  najpierw śniadanie w Jin Ding Xuan. Długo szukałam restauracji, która sprosta moim "wymaganiom". Miała być lokalna, z dobrym jedzeniem i otwarta o bardzo wczesnej porze. Kantońska sieć restauracji specjalizująca się w dim sum wydawała się być idealnym wyborem. 35 miejsce z 11846 restauracji Pekinie na Trip Advisor jeszcze bardziej utwierdziło mnie w mojej decyzji. Tak więc mam nazwę restauracji (zapisaną również po Chińsku!) oraz adres i nazwę przystanku metra, na którym mamy wysiąść. Przygotowałam się, a co! Jedziemy na przystanek Lama Temple skąd, jak mam zapisane, "jest blisko". Tylko w którą stronę iść? Wiem, że jesteśmy niedaleko i że restauracja ma być przy Świątyni Harmonii i Pokoju. Trochę się na siebie denerwuję, że nie zrobiłam dokładniejszych notatek. A tyle nad tym Pekinem ślęczałam! Notatki są mega ważne jak nie ma się dostępu do internetu! Pozostaje błądzenie. Kilka razy zatrzymujemy parę osób, żeby się upewnić, że idziemy w dobrym kierunku. Jeden pan w odpowiedzi kiwa głową. Inna młoda para twierdzi, że restaurację znają i bardzo próbują pomóc tylko, że nie wiedzą gdzie ona jest, czego oczywiście nie są w stanie przyznać. Ktoś inny na moje pytanie zaczyna machać rękami wykonując coś co kojarzyło mi się ze znakiem stopu. Niczego się od tych Chińczyków nie dowiemy. Jesteśmy zdani na siebie i moje notatki. Po około godzinie w końcu rozpoznaję budynek - wiktoria! Dobrze, że napatrzyłam się na zdjęcie w internecie, uff, w końcu coś zjemy. Już pakujemy się do środka, kiedy ochroniarz zastępuje nam drogę pokazując, że nie możemy wejść. Chwila konsternacji. O co chodzi? Okazuje się, że na zewnątrz trzeba najpierw dostać bilet. Posłusznie więc udajemy się po karteczkę. Jak się po chwili orientujemy się, że numery wyczytywane są przez megafon tylko po chińsku. Przezornie przed wyjazdem nauczyłam się liczyć po chińsku, więc oto moja pierwsza okazja sprawdzenia się. Ufff, udało się, wchodzimy do środka, Tam niewielkie zamieszanie, bo znów mówią do nas po chińsku, ale w końcu ktoś nas prowadzi na 3 piętro do naszego stolika w loży. W menu same pyszności. Decydujemy się na różne dim sum, zupy, desery i chińskie piwko. Każde danie ma przypisany numer, więc robimy listę na kartce i czekamy. Czekamy..... i czekamy..... Kelner zupełnie nas ignoruje, a próby złapania kontaktu wzrokowego pełzną na niczym. Już myślę, że będziemy musieli wyjść z restauracji o pustym żołądku, kiedy zauważamy mały dzwoneczek przy wejściu do naszej loży. Aaaaa, tak się przywołuje kelnera! W końcu składamy zamówienie. Jeszcze chwila oczekiwania i jest - nasze pierwsze chińskie śniadanie. Może trochę zachodu nas to wszystko kosztowało, ale warto! Restaurację i jedzenie polecamy!



Po sytym śniadaniu decydujemy się zmienić nasze plany. Jest późno i wyjazd na Mur Chiński wiązałby się ze zbyt dużym ryzykiem, a przecież nie chcemy się spóźnić na samolot do Manili. Udajemy się więc do Lama Temple, która znajduje się vis a vis naszej restauracji. Drzewa przystrojone pięknymi czerwonymi lampionami i tłumy, dzikie tłumy Chińczyków. Przed nami, za nami, po lewej i po prawej i na moim bucie. No przecież zaraz nam chyba na głowę wejdą. Szybko się ulatniamy i postanawiamy wybrać się najsłynniejszego miejsca w Pekinie, Zakazanego Miasta. Przed wyjazdem oglądnęliśmy "Ostatniego Cesarza"i jakiś dokument, więc skromny podkład historyczny mamy.

Noworoczna dekoracja Świątyni Harmonii i Pokoju (Lama Temple)

i tłumy.....

Witają nas kolejki jak pod Wieżą Eiffla. Na szczęście Chińczycy szybko przechodzą przez bramki z ochroną, gdzie prześwietlają wszystkie torby i plecaki. Niecałe pół godziny później udajemy się po bilety. Miasto zakazane już nie jest, ale jego ogrom nadal robi wrażenie. Czas ucieka, więc zamiast spokojnie włóczyć się wśród wszechobecnych Chińczyków, przez Zakazane Miasto przelatujemy jak burza. Szkoda. Wychodzę z uczuciem niedosytu. Z jednej strony, wszystkie te budynki wyglądały podobnie, a jak człowiek trochę świątyń w Azji się naoglądał, to Zakazane Miasto nie wywołuje już takiej ekscytacji. Myślę, że dlatego warto skorzystać z przewodnika, chociażby tego audio, żeby wczuć się w klimat i więcej rozumieć z otoczenia, które przecież kryje w sobie fascynujące historie.




Pierwszy dzień w Pekinie kończy się długim spacerem do stacji metra, podczas którego udaje nam się zobaczyć pekińskie hutongi.
Parę zdjęć, świąteczne jabłka w lukrze, ślepa uliczka, metro i żegnamy Pekin na 12 dni.

Jabłka w lukrze na patyku 

Chińczycy na zamarzniętej rzece


Część II

Pekin rozpoczął naszą podróż i ją zakończył.
Do Pekinu wracamy w zimny, ale słoneczny dzień. Nie ma smogu - nie do wiary! Podobno przejrzyste dni w Pekinie to rzadkość, więc cieszymy się z wiejącego wiatru, choć przez niego odczuwalna temperatura jest sporo niższa. Do centrum docieramy wczesnym południem i jak za pierwszym, razem nasze kroki kierujemy w stronę chińskiej kuchni. Tym razem postawiliśmy na kaczkę. W moim niebieskim notatniku mam listę dziesięciu (podobno) najlepszych restauracji w Pekinie specjalizujących się pieczonej kaczce. Ze względu na odległość wybieramy sieć Bianyifang, która otworzyła swoją pierwszą restaurację w 1416 za czasów dynastii Ming, liczymy więc na wyjątkowy lunch. Wygląd restauracji nie jest zbyt imponujący, ale przecież nie dlatego tu przyszliśmy. Kiedy przychodzi nasza kaczka aż nam ślinka cieknie. Kaczka zostaje specjalnie pokrojona i podana na różnych półmiskach. Jest chrupiąca i zarazem wilgotna skóra maczana w cukrze (sic!), jest miękkie mięso z odrobioną tłuszczyku i skóry oraz talerz z samym chudym mięskiem. Mamy do tego jakieś cienkie chlebowe placuszki, warzywa oraz sos sojowy. Wszytko jest absolutnie niebiańskie - zdecydowanie najlepsza kaczka jaką kiedykolwiek jedliśmy.


Zadowoleni i syci kierujemy się do Świątyni Nieba (Temple of Heaven). Na szczęście Chiński Nowy Rok się skończył, więc poruszamy się swobodnie po sakralnym kompleksie. Szkoda tylko, że nie jest jeszcze zielono, bo park musi robić niesamowite wrażenie wiosną. Plusem za to jest garstka ludzi zwiedzających dzięki czemu udaje się nam cyknąć parę ładnych zdjęć.




Na koniec decydujemy się udać na ulicę Nanluoguxiang, która słynie z tradycyjnej architektury. Prawie kilometrowa aleja składa się z odnowionych hutongów, które zostały przerobione na knajpki i sklepy. Bardzo klimatyczne (i mega drogie) miejsce. Zakupoholicy muszą czuć się tutaj jak w raju. Zziębnięci z obolałymi stopami idziemy do małej knajpki na piwko. Ceny są z kosmosu, więc zadowalamy się dwoma małymi puszeczkami chińskiego browaru. 
  


Pekin mnie zaintrygował, więc na pewno wrócę, choćby po to żeby na Chiński Mur się wybrać. No i następnym razem jednak latem, albo chociaż wiosną. Jeśli nie przeszkadza Wam zimno i bardzo nie lubicie tłumów, to za pewne będzie się dobrze bawić w Pekinie zimą, ja jednak jestem zdecydowanie ciepłolubna ;) Warto jednak wspomnieć, że większość biletów wstępu jest sporo tańsza poza sezonem. 
A Chińczycy? No właśnie, jacy oni naprawdę są? Nie wiemy, ale różnica pomiędzy Chińczykami a sąsiadującymi Laotańczykami jest kolosalna - przepaść kulturalna jest głęboka jak Rów Mariański. Wszędzie w Azji spotykałam się z otwartością i szerokimi uśmiechami. Od zwykłego hello, przez robienie sobie rodzinnych zdjęć z białą twarzą, po zaproszenia do wspólnego jedzenia i picia. Nic z tych rzeczy w Chinach. W metrze nikt nawet na nas nie spojrzał, a po ulicach można snuć się jak duch. Nikt na Ciebie nie zwraca uwagi, nikt do Ciebie nie woła, nikt nie pokazuje palcem. Po czterech latach w Laosie wydawało mi się to bardzo dziwne. Chińczycy sprawiają wrażenie zdystansowanych, poważnych i zagonionych. Jacy są jak się ich lepiej pozna? Podobno zostają przyjaciółmi na całe życie. Jednak podczas naszej krótkiej wizyty wiało od nich chłodem bardziej niż od zimowego wiatru. Chińczycy - tajemnica do rozwiązania kiedyś w przyszłości.... 

Praktyczne informacje: 

Transport z lotniska do centrum - metro Airport Express. Podróż trwa ok. 30 min. Polecam kupić Beijing Transportation Smart Card na lotnisku. Dzięki karcie można szybciej i łatwiej poruszać się metrem i autobusami bez konieczności kupowania biletów. Aby dostać kartę należy wpłacić depozyt o równowartości 20 juanów. Kartę doładowujemy za dowolną kwotę i podróżujemy szybko i przyjemnie. Przed wyjazdem kartę oddajemy w dowolnym punkcie z biletami i dostajemy zwrot depozytu oraz ewentualne pieniądze, których nie wydaliśmy. Przy kwotach 100-150 juanów mamy 20% zniżki, a przy wyższych kwotach, 150-400 juanów, dostajemy aż 50% zniżki. 

Zakazane Miasto - Na zwiedzanie miasta dobrze poświecić 3-4 godziny. 
Cena biletu poza sezonem (od listopada do marca): 40 juanów, w sezonie 60.
Godziny otwarcia: 8:30 do 16:30 (poza sezonem) i do 17:00 w sezonie. W poniedziałki (z wyjątkiem lipca i sierpnia oraz dniami wolnymi od pracy) muzeum jest zamknięte. 

Lama Temple - Ciężko mi cokolwiek doradzić w kwestii zwiedzania, jako że nasze zwiedzanie było mocno utrudnione, żeby nie powiedzieć niemożliwe, z powodu Chińskiego Nowego Roku. 
Cena biletu: 25 juanów. 
Godziny otwarcia: 9:00 do 16:00 poza sezonem i do 16:30 w sezonie. 

Temple of Heaven - Na zwiedzanie należy przeznaczyć 1,5-2 godzin. 
Cena biletu poza sezonem : 10 juanów, w sezonie 15.
Godziny otwarcia: główne atrakcje otwarte są do 17 poza sezonem i do 17:30 w sezonie. Nam nie udało się wejść do jednej z nich (Palace of Abstinence), którą z jakiegoś powodu zamknęli wcześniej.. 

Aplikacje:

Maps.me - Mapy offline. Dla nas okazała się ogromnie przydatna jako że poruszaliśmy się bez Internetu. 

Metro Beijing Subway - Genialna aplikacja! Dzięki niej używanie metra w Pekinie to bajka. Wpisujemy lub wybieramy początkową i końcową stację metra, a apka pokazuje możliwe trasy z numerami linii, godziną, czasem podróży, dystansem, ceną oraz możliwymi przesiadkami. Wszystkie trasy i linie można zobaczyć na mapie. I najważniejsze: aplikacja działa offline! 


czwartek, 29 grudnia 2016

Rivertime Ecolodge Resort - pływająca restauracja

Na początku chcę zaznaczyć, że nie jest to żaden sponsorowany post. Nie dostaję żadnych pieniędzy ani innych profitów za napisanie tego posta. Dlaczego więc oddzielny post o jednym resorcie? Otóż, wielu turystów pyta mnie, co ciekawego do zaoferowania ma Wientian. Wielu wyjeżdża z miasta z uczuciem niedosytu. Wielokrotnie słyszałam, że Wientian jest nudny i nie ma tam co robić. Naturalnie, ja się z tym nie zgadzam. W mieście jest wiele ciekawych miejsc wartych zobaczenia (o tym będzie osobny post), a poza miastem robi się jeszcze ciekawiej, zwłaszcza jeśli chcecie zobaczyć dziewicze (jeszcze) miejsca, do których turyści nie docierają. O wodospadach Tat Leuk i Tat Xai w cudownym parku narodowym Phou Khao Khouay pisałam tutaj i tu. Niewątpliwie jest to wspaniałe miejsce, które warto zobaczyć. Jedyną przeszkodą może być brak transportu publicznego. Nad wodospady można dojechać skuterem albo wypożyczonym autem (z kierowcą lub bez). Dla budżetowych turystów wynajem auta będzie na pewno zbyt wielkim wydatkiem, a dla niedoświadczonych kierowców podróż na skuterze może być bardzo męcząca z uwagi na odległość i spory odcinek żwirowej drogi. Pisałam też o wspaniałym resorcie Dreamtime, który niestety na obecną chwilę jest zamknięty dla turystów.

Tymczasem, Rivertime Ecolodge Resort wydaje się być jedynym pobliskim i niedrogim miejscem, gdzie można wypocząć z dala od miasta w otoczeniu natury.

Czym jest RER? Resort należy do sympatycznego Laotańczyka i jest żony, Amerykanki. Będąc na miejscu okazało się, że tą Amerykanką jest dziewczyna, z którą parę lat temu pracowałam w Wientianie - jaki mały ten laotański świat! RER to bunglowy nad rzeką i restauracja, która leży na rzece Nam Ngum. To właśnie ta restauracja jest najciekawsza. Z racji tego, że w rzece jest silny nurt, właściciele zbudowali coś na kształt naturalnego basenu na rzece, do którego można wskoczyć dla ochłody i popłynąć kawałeczek z prądem rzeki a później próbować płynąć w górę rzeki (nielada wyzwanie!), lub podciągnąć się linach umieszczonych wzdłuż basenu. My spędziliśmy dzień relaksując się w restauracji - pyszne jedzenie (świeżo złowiona rybka jest warta grzechu!), zimne Beer Lao, chłodzenie się w rzece i kojące widoki. Czego trzeba więcej?

Dla tych którym jednak błogie lenistwo nie wystarcza, RER oferuje gamę innych atrakcji od zwiedzania pobliskich wiosek, kajakowania, przez łowienie ryb, po relaksujący masaż - a to tylko niektóre z nich.

Moje wrażenia z pobytu w RER? Bungalowy są bardzo proste, ale czyste i przyjemnie. Jedzenie w restauracji jest przepyszne, ale chyba przydałby im się ktoś do pomocy w kuchni. Czekanie ponad godzinę na obiad drugiego dnia, trochę popsuło nasze wrażenie. I jeszcze jeden minus - niedaleko na rzece jest prom, który kursuje cały dzień zabierając samochody i motory z jednego brzegu na drugi robiąc hałas, który niesie wzdłuż rzeki. Mimo to, miejsce uważam za godne polecenia.

Rivertime Ecolodge Resort znajduje się zaledwie 30 km od Wientianu. Przed wyjazdem radzę skontaktować się z właścicielami i zrobić rezerwacje bungalowa jeśli planujecie zostać na noc. Można ich znaleźć na FB, albo przez stronę http://www.rivertime.com. Na google maps znajdziecie trasy dojazdu.